HALLO, MISTER! YOU’RE DOING IT WRONG!

Kilka miesięcy temu powrócił do mnie antropologiczny relatywizm, o którym na pewien czas zapomniałam, a który – jak to antropologiczny ideał – mówi o szacunku do cudzych poglądów, a przede wszystkim o tym, że istnieje więcej niż jedna prawda. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, i to dla wszystkich powinno być jasne – ale warto czasem pójść jeszcze o krok dalej. Doświadczenie każdego z nas jest tak niepowtarzalne, a nasze mózgi pracują w tak różny sposób, że każdy właściwie może wpaść na interesujący pomysł, błyskotliwe rozwiązanie albo – przynajmniej – zainspirować sobą do dalszego rozwoju*.

W związku z tym bardzo łatwo jest ostatnio zrobić na mnie wrażenie. Nie znaczy to jednak, że optymizm poznawczy zalał mi mózg do tego stopnia, że nie potrafię rozróżnić tego, co naprawdę dobre jako całość, od tego co ma tylko elementy jakości w sobie. Bo po takim czasie spędzonym w tym biznesie fatalne byłoby, gdybym nie potrafiła, nie?

Na seminarium z Christą Enqvist, kilkukrotną mistrzynią świata i absolutnym autorytetem w  obedience od wielu lat czekałam niczym sześciolatka na świętego Mikołaja, podskakując z ekscytacji i odliczając dni na czekoladowym kalendarzu z Lidla. Nie miałam okazji patrzeć na nią przy pracy nigdy wcześniej, za to chętnie pobierałam szkoleniowe ploteczki stąd i zowąd – i czy uwierzycie, że każdy, naprawdę każdy, z którym rozmawiałam, był zadowolony i zachwycony? Tyle różnych osobowości, sposobów trenowania i wizji obedience, a każdy pod wrażeniem. Musiałam to zobaczyć na własne oczy. KO-NIECZ-NIE.

Jak to zwykle w życiu bywa, długo wyczekiwana wyprawa po obediencowe doznania nie poszła tak, jak to planowałam. Falko zajął miejsce Tekli, bo ta się rozpracowała fizycznie – a jaki jest sens pokazywania bogini obedienców nierozćwiczonego psa? ja twierdzę, że żaden – a ja dzień przed seminarium padłam pod naporem infekcji. Słowo daję, dawno nie byłam w takim marnym stanie i gdyby nie poranny szantaż Michała, gdy zagroził, że nie pojedzie w ogóle, a jego drogocenne miejsce tym samym przepadnie, smarkałabym w chusteczki w domu. I w sumie ten długi przydługi wstęp służy temu, że gorąco pragnę przeprosić wszystkich moich uczniów, że mimo odwołanych zajęć wybrałam się do Poznania – ale zostałam zaszantażowana podle. To był cios poniżej pasa, doprawdy. Ale wiecie co? Warto było. Och, jak bardzo warto, mimo gluta do pasa i innych atrakcji niesprawnej fizjologii.

#1 Błąd przewodnika czy psa?

Znacie ten moment w treningu, kiedy pies popełnia błąd, a przewodnik miota się między dziesięcioma różnymi interpretacjami tego, co się stało – dlaczego się stało – i nie wie, jak zareagować? Z przykrością stwierdzam, że nie dość, że zazwyczaj reagujemy na psie błędy źle – z frustracją i pianą na ustach – to ich przyczyna też jest zazwyczaj dla nas niejasna. Szczerze, dla mnie to jeden z trudniejszych elementów procesu uczenia psa – niepewność, skąd wziął się błąd i co leży u jego podstaw, a w związku z tym jak na niego reagować. Jak żyć, pytam? A raczej zawsze pytałam, do momentu tego seminarium.

System szkolenia Christy jest prosty, logiczny i nieskończenie uczciwy względem psa. Nie ma tam miejsca na jakieś podstępy, hokusy-pokusy, machanie samokontrolą i dręczenie zwierzaka zawiłościami ludzkich umysłów. Wręcz przeciwnie: trening dla obu stron jest fantastyczną przygodą, rozrywką, a przede wszystkim nie jest nasycony niezrozumiałą dla psa frustracją i ciśnieniem. To wszystko jest tak proste i naturalne, że aż nie chce się wierzyć, że to ciągle ten sam sport dla masochistów, którzy znamy i trenujemy wszyscy. A jednak, to ciągle to samo obedience.

Uczciwość i zarazem prostota tego procesu szkoleniowego opiera się na tym, że pies jest uczony bardzo, bardzo dokładnie wszystkich ćwiczeń, tak że przewodnik musi mieć pewność, że pies je zna. Najpierw wzbudzamy entuzjazm u młodego psa – Christa nie zanudza psa techniką, nie spina muskułów na idealne wykonania, szczerze walczy o “sport spirit” w duszy młodocianego psiego pakera – potem robimy z nim technikę, a kiedy już mamy ćwiczenia, dodajemy rozproszenia, overtrainingi i upewniamy się na milion sposobów, że pies naprawdę idealnie wie, co i jak ma robić. Powtórzę: wie, jakie jest jego zadanie. A wtedy nic już nie jest trudne, bo jeśli wie – a popełni błąd – to wiemy dokładnie, po czyjej stronie ten błąd leży i że możemy, a nawet powinniśmy wymagać odpowiedniej jakości zachowania. Tak, jak nasz psi partner był uczony i tak, jak potrafi to zrobić.

Świadomość, że pies popełnia błędy i może być “winny” niepowodzeń to dla mnie olbrzymia i także niosąca ulgę wiadomość. Kryje się w tym jakaś wielka konfrontacja z własnym treningiem i rzeczywistymi umiejętnościami psa – bo żeby obciążyć go odpowiedzialnością za kiksy na ringu, najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę, ale tak na 100%, zostało zrobione wszystko, żeby rozumiał, o co chodzi. Czy miał odpowiednią ilość nagród. Czy naprawdę był niezawodny w trudnych warunkach. Czy lubi to zadanie, czy kocha pracę. Ogólnie – czy dobrze nam się razem trenuje, czy ja – jako przewodnik – dobrze i szczerze prowadzę trening. Dla mnie to także przyznanie sprawczości psu sportowemu, który jednak potrafi podjąć inną decyzję, zrobić w jajo, forsować swoją opcję, wiedzieć lepiej od przewodnika, robić głupie dowcipy i wykorzystywać słabości. Jednym słowem – być pełnoprawnym autorem treningu i efektu na ringu oraz ponosić za niego odpowiedzialność.

Dla mnie bomba! Tak bardzo to, co czuję i robię.

#2 Nie spać, trenować – proste rozwiązania

Na marcowym seminarium z regulaminów z Cariną Savander-Ranne, które miałam przyjemność tłumaczyć, przewodnicząca komisji obedience mówiła o błędach twardych i miękkich, tak je nazwijmy. Błędy twarde to takie, które są tak jasno wyszczególnione i opunktowane w regulaminie, że sędzia nie może, zwyczajnie nie może ich pominąć, w przeciwieństwie do błędów miękkich, w których punkty może obciąć właściwie dowolnie, jeśli ma się tylko odrobinę dobrej woli. Jednym z takich twardych błędów jest podgryzanie przedmiotów, które łatwo zauważyć i które wiele kosztuje – przynajmniej minus dwa punkty. Cytując Carinę: Finnish competitors hate dogs that are chewing because their dogs never chew. Sama prawda, Carino – Christa powiedziała nam to samo.

Powiedziała także, że są psy z bardzo słabym naturalnym chwytem – z bardzo miękkim i wrażliwym pyskiem – którym idea mocnego trzymania obiektów jest totalnie obca. Niby wiedziałam o tym, ale nigdy nie myślałam o borderach w tym aspekcie, jak to ja składając nędzne trzymanie na karb źle dobranej metodyki. A tutaj nie – niektóre po prostu są bardzo, bardzo w tym słabe. Muszę się przyznać, że taki psi egzemplarz regularnie sypia na mojej poduszce. Tekla ma jeden z najgorszych chwytów na twardych obiektach, z jakim się zetknęłam: nawet przypadkowe puknięcie w patyk na spacerze często kończy się tym, że momentalnie on wypada, a szanowna księżniczka oddala się w popłochu. Dotychczasowa nauka niepodgryzania, poza widocznym smutkiem w tych roślinożernych oczkach, skończyła się tym, że Papet owszem, nie żuje patyczka, ale mimo miliardów parówek zaciśnięty pysk to rzadkość. Rozwiązanie, jakie podała Christa, jest tak genialne w swojej prostocie, że nie mogę zrozumieć, dlaczego sama do niego wcześniej nie sięgnęłam. 😉 Dłuższy gryf – bardzo długi właściwie, kilkakrotnie dłuższy od standardowego – lub sznureczek przyczepiony do niego, który pozwala na kontrolowanie chwytu także w małym dystansie od przewodnika oraz w ruchu przy przewodniku, kiedy zazwyczaj najwięcej mamy problemu z podgryzaniem u psa. Dla mnie to rozwiązanie jest także o tyle przyjemne, że zwisanie nad psem i ciśnięcie go o trzymanie przedmiotu z bliska jest na pewno mało komfortowe dla delikatnych psów, a przecież w uczeniu trzymania nie chodzi o to, żeby uprzykrzyć zwierzakowi życie. Bingo po raz drugi!

#3 Nie ma złych metod, są nieodpowiednie kryteria

Jeszcze raz wrócę do systemu szkoleniowego Christy, który – tutaj się zachwycę po raz setny i na pewno nie ostatni – jest tak prosty i naturalny dla psa, że aż chce się ćwiczyć najgorsze i najwredniejsze elementy obedience. To, co Christa podkreślała niejednokrotnie – ale dyskretnie i nienachalnie, jak to ona – to kryteria. Kryteria, jakie ona ma w treningu, są żelazne. Nie chodzi jedynie o trzymanie jakości w ćwiczeniu, jak pisałam na samym początku (chociaż to też), ale bardzo precyzyjne rozdzielanie zachowań, których oczekuje od psa i których go uczy. Na przykład samo chodzenie przy nodze ma różne oblicza, kryteria i komendy w zależności od tego, co się w nim dzieje lub co po nim następuje. Inna komenda jest na samo przyjęcie pozycji przy nodze, inna na przemieszczanie się przy nodze do heelworku (wymaga wtedy kontaktu z głową w górze), jeszcze inna jest na chodzenie do pozycji w marszu, a jeszcze inna do przejść między ćwiczeniami. Tak jak różnica między chodzeniu w ćwiczeniu i przejściem od ćwiczenia do ćwiczenia jest dla nas jasna, to pewnie mało kto ma różne komendy na punkty 1-3 z poprzedniego zdania. My, ludzie, jesteśmy często leniuszkami i tu zapomnimy, tam nam się zleje z czymś innym, a pies i tak zrobi. Jednak Christa podkreśla: pilnujmy nie tylko naszych psów, ale także siebie, nie siejmy dezinformacji. Pracujmy tak czysto, jak wymagamy tego od naszych czworonożnych zawodników.

Czarno-białość Christy nie polega tylko na tym, że maniakalnie wręcz pilnuje siebie i psów w pracy. Jej trening to nie jest musztra dla robotów, które w przyszłości mają stanąć na podium mistrzostw świata. Christa naprawdę nagradza psy – nie w przemyślany i przekombinowany sposób, w którym nawet podczas momentu wspólnej zabawy staramy się jeszcze ugrać to czy tamto, ale rzeczywiście daje psu to, co sprawia mu przyjemność i prawdziwie, szczerze się cieszy z jego sukcesu. Tak samo – kiedy wymaga i mówi psu “Hallo, mister! You’re doing it wrong!” to też całą sobą, staje się uosobieniem oburzenia i nie ma to tamto. Swoim treningiem Christa pokazuje, że trzeba patrzeć na swój trening dokładnie i szczerze, uczyć psa najlepiej jak to jest możliwe, zapewnić mu miliard możliwości do zrozumienia zadań, wzmacniać i budować w nim pasję pracy, ale też znać wartość swojej pracy i – po spełnieniu wcześniejszych warunków – wymagać jej stanowczo. I to jest absolutnie piękne.

Wspomniałam o mówieniu psu, że robi źle i wymaganiu od zwierzaka tego, czego został nauczony. Ostatnio w polskich psich internetach są spore dyskusje na ten temat, czy karać, czy nie, czy ręką, czy kijem w oko, 😉 czy psy popełniają błędy, czy są w stanie zrozumieć sygnał braku nagrody, czy rozumieją zawody, czy zawody są dla nich ważne czy też nie i tak dalej. Psy na seminarium były w większości bardzo, bardzo zaawansowane, prawdziwi psi sportowcy. Niejeden z nich podczas sesji się dowiedział, że się nie skupia, że nie pracuje, że nie uważa i był zaskakiwany na różne sposoby, żeby sprawdzić, czy potrafi wykonać zadanie i czy pamięta dokładnie o tym, co ma robić. Żaden, naprawdę żaden z tych psów nie przejmował się, że coś nie wyszło, a w zasadzie wyglądał na szczerze zdumionego, że jego ludzki partner wykazuje się taką przebiegłością w treningu i potrafi skupić się na tyle, żeby wyłapać błędy. Wszystkie z tych psów z zapałem wykonywały kolejne zadania i testowały skupienie swoich przewodników. No dog has been harmed in the process. 😉 A jeśli nie wierzycie w to, co piszę, powinniście zobaczyć te zwierzęta – w zdecydowanej większości były to asertywne, przekonane o swojej treningowej racji psie osobowości. Powinniście zobaczyć te iskry w oczach i nonszalanckie miny. Powinniście w końcu zobaczyć, jak psy pracujące na ringu potrafią strzelać w siebie wyzywającymi spojrzeniami podczas krótkiego momentu skrzyżowania spojrzeń, ewidentnie wiedząc, że chodzi tu o to, kto jest lepszy w tym całym sportowym biznesie. To nie są tylko wykonawcy, odtwórcy tego, czego zostali nauczeni – to pełnoprawni współautorzy rezultatu treningu, biorący odpowiedzialność za to, co się na ringu dzieje. Been there, seen that.** I szczerze uwielbiam to.

_____

* O tym, jak doświadczenie wpływa na poglądy szkoleniowe, możecie się sami przekonać, przeglądając oferty różnych szkoleniowców w internecie i metody, jakimi się posługują. Ktoś, kto nigdy nie miał psa z nieopanowywalną kształtowaniem agresją, nie będzie stosował metod awersyjnych, a z kolei osoba posiadająca całe życie tylko i wyłącznie bordery (i to współpracujące) może się okazać niekoniecznie odpowiednim trenerem dla psów problemowych. I tak dalej.

** Autorami tych twardych, co-ty-tu-do-cholery-robisz i jestem-lepszy-chyba-śnisz-pacanie-spójrz-na-siebie spojrzeń byli konkretnie Falko i Tough, podczas krótkiego momentu seminarium. Myślałam, że padnę ze śmiechu. Uwielbiam takie psie rozmowy, a na takim sportowym poziomie widziałam je po raz pierwszy.

One Response

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top